Anioł stróż mój miał dziś zawał
Stał jak zwykle w aureoli
I odganiał to co boli
Swą świętością mrok łagodził
Dobre sny mi oswobodził
Aż tu nagle dość koszmarnie
Zgasł i spojrzał pusto na mnie
Gdy odwrócił się skrzydłami
Zostaliśmy z lękiem sami
Ciemność wpadła mi do łóżka
Aż oklapła ma poduszka
Z cierpkim szumem nocnych mar
Wpadł przez okno strachu żar
Anioł stał wciąż tyłem cicho
Gdy mnie przygwoździło licho
Chciałam krzyknąć - nie zdołałam
Chciałam płakać - łez nie miałam
Chciałam złapać go za skrzydło
Lecz nie dało mi straszydło
Anioł milczał, strach napierał
Strach co się pod łóżkiem zbierał
Wypełzł kłębem niesprzątanym
Koszmarami lat mych tkany
W nim dziecięce pierwsze lęki
Pierwsze smutki - jak z piosenki
I młodzieńcze dni rozpaczy
Wstyd i że ktoś to zobaczy
Strach o bliskich bezpieczeństwo
Zagrożenia i szaleństwo
Kradzież, atak i rabunek
Brak nadziei na ratunek
Każdy brak sprawiedliwości
Zawód na praworządności
Wszelka zdrada, zniesławienie
Praca bez wynagrodzenia
Nitki win tchórzostwa, fałszu
Wiją się w beznogim marszu
Tną zmęczeniem tym, że dalej
Coraz gorszym świat się zdaje
Bezsilnością - zło się mnoży
Co dzień zawsze ktoś dołoży
Jedna zbrodnia jeszcze pali
Gdy kolejny dach się wali
I wciąż nowe są systemy
By nam dawać choć nie chcemy
By nam zabrać, co nam drogie
By nas spętać - ręce, nogi
Powinnością, przepisami
Wiarą, groźbą, wyrzutami
Mową o odpowiedzialności
Świętej wojnie, powinności
W uszy tyle kłamstw nam leją
Że już fakty się nie kleją
A najprostszych słów znaczenie
Co i rusz ma inne brzmienie
Obiektywizm to ułuda,
Wierzcie w rozum, teraz w cuda
Wciąż ktoś krzyczy na co patrzę
Gdy inaczej widzę zawsze
Mnożą się ograniczenia,
Własne zdanie - bez znaczenia
Zakazy są wszak szlachetne
Niech się wstydzi kto ich nie chce
I nieludzki się okaże
Ten co myśleć się odważy
Kto bezmyślnym nie jest kołem
W tej maszynie - ekonomii
Górnolotnych haseł pustych
Nie powtórzą moje usta
Więc od tłumu tak odstaję
Że się wszystkim diabłem zdaję
Inny - znaczy zagrożenie
Śmiercią - z domu wychodzenie
Kto większością się nie zraża
Też rodzinę swą naraża
Pozytywne ludzkie czucie
Staje się kamieniem w bucie
To co dobre w nas, powoli
Tworzy łańcuch w tej niewoli
Póki jeszcze anioł czuwa
Tak się tego nie odczuwa
Można siebie okłamywać
I przed światem się ukrywać
Niby wszystko w dobrej wierze
Wszak każdego anioł strzeże
Co pozwala nam codziennie
Żyć po cichu bezimiennie
I stajemy się tym tłumem
Co nie idzie za rozumem
Lecz na ślepo wprost do rzeźni
Wszyscy wykształceni, trzeźwi
W kupie raźniej i bezpieczniej
Byle cicho, byle grzecznie
Byle w oczy się nie rzucać
Bo znów będą nam dokuczać
Jeszcze zaczną nas wytykać
I zaczniemy się potykać
Nie znajdziemy innej drogi
Prędzej połamiemy nogi
I choć lęków, strachów, bólu
Co raz więcej w nas - jak w ulu
Skrzydłem świętym otoczeni
Wciąż bezpieczni, choć zmęczeni
W pierwszej chwili nie wierzyłam
Głupi kawał założyłam
Nim dostrzegłam martwe oczy
Byłam pewna - stróż się droczy
Anioł jednak znieruchomiał
Jakby nigdy mocy nie miał
Aureola jego zbladła
I w ciemności gdzieś upadła
Ja w otchłani lęków tonąc
Nie umiałam jemu pomóc
Przygnieciona własnym lękiem
Odpłynęłam z cichym jękiem
Połykając mrok zbierany całe życie
Co się teraz wylał na mnie tak obficie
Będąc pewną, że to moment w którym konam
Pomyślałam, że nawet nie wierzę w tego anioła
I zaczęłam śmiać się w środku, potem kaszleć zgrozą
Strach pokonał mnie w pościeli, lecz nie będę kozą
Obolała wciąż w rozpaczy na podłogę się zsunęłam
Chciałam w strachach znaleźć ślepo tego co go nie ma
Nie wiem ile dni dokładnie to szukanie trwało
Wstałam już gdy byłam pewna, że nic z niego nie zostało
I niechętnie lecz spokojnie, poszłam po odkurzacz
Ewidentnie już zbyt długo się w tych strachach się nurzam
Jeśli nie był to tylko głupi kawał
Anioł stróż mój miał dziś zawał
Znieruchomiał, zgasł i ślad po nim zaginął
Sama strach swój przetrawiłam teraz kryzys minął.